Jest wrzesień 2010 roku. Piękny, słoneczny dzień w Alachua. Frank prowadzi dla nas trening, za rok spotkamy się po raz ostatni…

Wspomnienie Franka Hladkiego o Aleksandrze Lowenie.

Historia pasji zawodowej, która połączyła dwie wybitne osobowości, z czasem przeradzając się w historię przyjaźni, miłości i wzajemnego oddania.

Dziękuję Paulowi Ambergowi za udostępnienie nagrania z wywiadem.

frankandlowenPaul: Jak Pan odkrył Analizę Bioenergetyczną?

Frank: Odbyłem psychoanalizę freudowską i neofreudowską, potem poznałem nowe koncepty z terapii Gestalt. Skontaktowałem się ze znajomym, który mieszkał w Eslen i znał ludzi, którzy przyjeżdżali tam z wykładami robić prezentacje. Powiedziałem Mu: „Myślę, że powinienem wiedzieć, jak połączyć psychoanalizę i emocje z ciałem. Czy jest ktoś, kto zajmuje się tym obszarem i wie jak to zrobić?”. Odpowiedział: „Tak, jest taki facet który się na tym zna i pracuje w ten sposób, nazywa się Aleksander Lowen”. W tamtym czasie byłem dyrektorem lokalnego ośrodka chorób psychicznych w mieście Tulsa w Oklahomie. Zadzwoniłem do Lowena, powiedziałem, kim jestem, że jestem dyrektorem tego ośrodka,  w którym pracuje duży zespół terapeutów, i że byłem zainteresowany tym, czym się zajmuje. Zapytał, czy chcielibyśmy, by przyjechali do nas zrobić warsztat.  Odpowiedziałem, że dokładnie o to mi chodziło. Minęło zaledwie kilka miesięcy i Lowen przyjechał do nas na parę dni z kilkoma współpracownikami. Przeprowadzili warsztaty. Powiedziałem: „Tego właśnie szukałem.”. Byłem pod ogromnym wrażeniem Jego intensywności, zrozumienia ciała, żywotności ciała i psychologii. Poczułem, że chcę się uczyć z tym człowiekiem i poznać Jego warsztat pracy. Pamiętam, że to było przed 1968… .

Paul: Czy pamięta Pan to pierwsze spotkanie? Jakie było Pana pierwsze wrażenie?

Był bardzo żywy. Pamiętam, że mogłem poczuć tą Jego żywotność i intensywność. Naprawdę chciał, bym zrozumiał Jego pracę i Jego punkt widzenia. Było to bardzo jasne przesłanie.

Jak długo trwała Pana terapia z Lowenem?

Nigdy nie miała formy nieprzerwanej terapii, jako że ja byłem w Oklahomie a On przebywał w Nowym Jorku. Zatem tylko podczas warsztatów lub gdy asystowałem mu w trakcie warsztatów – jeździłem pomagać podczas warsztatów. I wtedy czasami, jeśli miał czas i jeśli ja tego potrzebowałem, odbywaliśmy sesję. Nigdy nie miało to regularności typu, że 2 razy w tygodniu.

Jaką był osobą?

Był bardzo żywotny, bardzo dynamiczny, bardzo zainteresowany swoją pracą. Chciał, by ludzie rozumieli to, co robi. Ale to nie było wyłącznie to, co go interesowało.  Gdy spędzaliśmy czas razem, jedząc czy pijąc, interesował się różnymi rzeczami, opowiadał mi na przykład o żeglowaniu. Uwielbiał żeglować na swojej łódce. Kochał muzykę, więc mogliśmy rozmawiać o muzyce. Gdy spotykaliśmy się na stopie towarzyskiej, nie rozmawiał tylko o pracy, jednak ta na pewno była Jego wiodącą sferą zainteresowania. Inna sprawa, Lowen był bardzo wstrzemięźliwy, gdy chodziło o chwalenie swoich współpracowników. Ludzie oczekiwali, że ich pochwali, powie ‘dobra robota’. Ale On taki nie był. Mógł to wyrazić spojrzeniem, uściskiem dłoni. Nauczyłem się tego obserwując go, więc nigdy niczego innego nie oczekiwałem. Zawsze wiedziałem, że mnie lubił, być może nawet w późniejszym okresie kochał. Zawsze bardzo się cieszył na mój widok, jednakże nie potrafił wyrazić tego słowami. Widziałem to w wyrazie Jego twarzy, sposobie, w jaki ściskał moją dłoń, ale wiele osób było zawiedzionych, że nie otrzymywali od Lowen’a tego, czego potrzebowali. Czuli się przez to odrzuceni i krytykowali Go za to. A On ich nie odrzucał, po prostu był sobą i nie mógł być tym, kim wszyscy na świecie chcieli, by był. Nigdy nie miałem z Nim żadnych konfliktów, nigdy, ponieważ akceptowałem Go takim, jakim był, a On akceptował mnie.

Jaka była chemia między Wami? Między Panem i Lowene’m?                     

Przebywanie razem sprawiało nam przyjemność. Naprawdę lubiliśmy przebywać ze sobą. O, opowiem Panu, to mi przypomina…dam Panu przykład…W 1978 miała miejsce międzynarodowa konferencja bioenergetyczna w Vancouver, w Kanadzie. To było udane spotkanie, pierwsze, na którym miałem odczyt. Było bardzo intensywnie, z wieloma ciekawymi wykładami i warsztatami. Chyba trwała od poniedziałku do soboty, była długa. We czwartek rano Al przyszedł do mnie i powiedział: „Frank, muszę się stąd wyrwać, chodźmy zróbmy coś”. Spytałem, jaki ma pomysł. Powiedział: „Jest taki pociąg , który kursuje z Vancouver wzdłuż rzeki, wzdłuż gór aż do jakiegoś miejsca. Pojedźmy za tym pociągiem”. Pożyczyliśmy więc samochód, dowiedzieliśmy się gdzie to jest, znaleźliśmy pociąg i tylko we dwóch, przez godzinę lub dwie, jechaliśmy obok pociągu aż do stacji końcowej. Potem wysiedliśmy, popatrzyliśmy na pociąg, na wspaniałą lokomotywę parową, porozmawialiśmy z maszynistą i tak dalej, po czym wsiedliśmy w samochód i wróciliśmy. Oczywiście, całą drogę rozmawialiśmy, byliśmy ze sobą. To było wspaniałe popołudnie, doskonale się razem bawiliśmy.

Jak to się stało, że Lowen rozwinął ten rodzaj podejścia, bioenergetykę?

Jak Pan wie, był pacjentem i studentem Reicha. Odbył studia medyczne w Szwajcarii by zostać lekarzem, ponieważ Reich uważał, że Jego współpracownicy powinni być lekarzami. W trakcie tych czterech lat w Szwajcarii, wydaje mi się, że zaczął mieć własne pomysły. Gdy wrócił, kontynuował współpracę z Reichem ale właśnie w tym czasie zaczął mieć odmienne poglądy. Było wielu, którzy uważali, że to, co mówił Reich, to była jedyna słuszność. Lowen taki nie był, ale respektował Go i dużo od Niego uzyskał, z Jego terapii, z bycia Jego studentem. Ale wówczas Pierrakos też z nim był i spotkali się, i stworzyli bioenergetykę. Ale oczywiście tą wielką, wielką zmianą było to, że w końcu zdali sobie sprawę, jak ważne jest dla pacjenta wstać i stanąć na własnych nogach, na ziemi,  i kolejne zmiany w terapii postępowały od tego punktu. U Reicha pacjenci zawsze leżeli na kozetce i byli głównie pasywni. Lowen i Pierrakos odmienili całą sytuację tak, że  pacjent stał na własnych nogach i stawał się aktywny. To była wielka, wielka zmiana, uważam, że największa zmiana w rozwoju terapii od czasów Freuda. Gdy organizowaliśmy te wszystkie warsztaty w Nowym Jorku, miał biuro na 36 Ulicy na południe od Grand Central. Pracowaliśmy na strychu, wynajęli poddasze w budynku niedaleko, więc przebywaliśmy cały czas w swoim towarzystwie. W nocy spałem na kanapie w poczekalni a Lowen spał na materacu w swoim biurze. W związku z tym często spacerowaliśmy w nocy po Nowym Jorku. W trakcie tych spacerów rozmawialiśmy i pamiętam, mniej więcej we wczesnych latach 80tych, podczas  jednego z tych spacerów, powiedziałem: „Wiesz, Al, czytałem Język ciała (a na tamten dzień czytałem to już z 5-6 razy) i za każdym razem, gdy czytam, co raz więcej z tego wyciągam”. Na co on odparł: „Frank, wiesz, to niesamowite, ale mam tak samo”. Dla mnie oznacza to, że był geniuszem twórczym. To wszystko wypływało z Niego, a On pisząc, nawet nie zdawał sobie ze wszystkiego sprawy. Dlatego czytając później to, co napisał, mógł dostrzegać inne wymiary tego, co napisał. Był geniuszem, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Jego umysł bezustannie nad czymś się zastanawiał i stąd te wszystkie nowe pomysły i książki.

Ale czy nie jest to dość dziwny pomysł, że ludzie, wie Pan, stoją przed grupą i pracują nad sobą przed osobami, których tak naprawdę nie znają? Są w pewnym sensie obnażeni?

Brzmi to dość dziwne, i na początku mnie też wydawało się dziwne, bo sam zajmowałem się pracą indywidualną i psychoanalizą. Co ciekawe, prawie w przypadku każdego, praca jest bardziej dogłębna i postępy czynione są szybciej, gdy wykonywana jest ona na forum grupy i ma to coś wspólnego z tym, że grupa wydziela wspaniałą energię i że jej członkowie są tam, by oferować wsparcie. Większość ludzi, aczkolwiek uważam, że praca indywidualna i praca w grupie są równie ważne, ale większość ludzi osiąga szybsze i głębsze efekty podczas sesji grupowych. I myślę, że ponieważ człowiek jest istotą społeczną, potrzebujemy kontaktów społecznych, kontaktów z innymi ludźmi. Aczkolwiek czasami jest to na początku dość niezręczne, że trzeba poruszać swoje najbardziej prywatne myśli i uczucia w grupie, to jednak wkrótce czuje się więcej wsparcia i można głębiej pochylić się nad problemami właśnie będąc w grupie. Mówiłem już, że opuściłem klinikę w Tulsa pod koniec czerwca 1978 roku z powodów administracyjnych, nie chciałem marnować czasu na biurokrację. Dałem więc 2 lata wypowiedzenia i odszedłem. Następnie moja żona i ja chcieliśmy się wyprowadzić do Nowego Meksyku. Odszedłem na emeryturę mając 55 lat ale moje świadczenia emerytalne były bardzo niskie. Ale kupiliśmy już wtedy dom w Nowym Meksyku, z najpiękniejszym widokiem na świecie. 10 lat zajęło nam wyszukanie kawałka ziemi z tym widokiem. Najpierw kupiłem 3 akry, potem mogłem dokupić ziemię  tuż obok. Na początku myślałem, że już skończyłem, że przejdę na emeryturę. Uwielbiałem pracę w ogrodzie, zbudowałem nasz dom, z drewna, z kominkami na drewno, bo uwielbiałem kominki na drewno. Musiałem udać się do lasu, narąbać drewna i przywieźć je ciężarówką. Sprawiało mi to dużą przyjemność, przebywanie w lesie samemu, ścinanie drewna, przewożenie, cięcie, piłowanie, ale…Ludzie wiedzieli, że mam sporo wolnego czasu, nie miałem żadnych zobowiązań służbowych, więc stopniowo co raz więcej placówek z Europy, Ameryki Południowej, Kanady, Stanów Zjednoczonych zgłaszało się do mnie , proszono, bym przyjechał i przeprowadził warsztaty z terapii lub szkolenia. Zatem stopniowo stawałem się co raz bardziej zajęty przez następne 3-4 lata, prawdopodobnie około 1/3 czasu spędzałem w podróży. Wówczas, nie pamiętam dokładnie który to był rok, ale dość szybko po przeprowadzce, może we wczesnych latach osiemdziesiątych, działka obok naszej pojawiła się na sprzedaż i chciałem ją kupić. Nie miałem pieniędzy, ale miałem mały, 6-pokojowy domek, więc pomyślałem: „Ah, mogę kupić ziemie i opłacać dom organizując warsztaty’. I tak też zrobiłem, kupiłem ziemię, spłacając zakup miesięcznie przez dobrych parę lat. W każdym razie tak się zaczęły moje warsztaty w Nowym Meksyku. To było piękne miejsce, z widokiem na góry z jednej strony, doliną Rio Grande z drugiej. Przepiękne! Ludzie uwielbiali tam przyjeżdżać bo to było miejsce magiczne i bardzo szybko zrobiłem się dość zajęty, bo gdy nie podróżowałem, organizowałem na miejscu warsztaty. Przewinęło się przez nie wielu ludzi, z Niemiec, zwłaszcza z Ameryki Południowej, Brazylii i Argentyny, ale też z innych krajów, z USA również. Byłem zatem zajęty, albo organizując warsztaty w Nowym Meksyku w domku gościnnym, albo jeżdżąc po całym świecie z warsztatami i szkoleniami.

Na czym polega ‘czytanie ciała’? Czego nauczył się Pan od Lowena na ten temat?

Lowen był ekspertem w czytaniu ciała. Wiele się od Niego nauczyłem, ale nigdy nie osiągnąłem tego poziomu co On, nie widziałem tak wiele i tak szybko, jak On. Jestem w stanie całkiem sprawnie zobaczyć, co się dzieje z ciałem, jednak muszę dłużej się przypatrywać, Lowen potrzebował o wiele mniej czasu. Widział energię, nastrój osoby (czy jest smutna czy zła czy wycofana), potrafił odczytać z ciała relacje, jakie dana osoba miała ze swoją matką, ze swoim ojcem. Doszedłem do sporej wprawy w tej dziedzinie. Jeszcze nie poruszyliśmy tych kwestii podczas tego szkolenia.  To niesamowite, co możesz zaobserwować jak już się nauczysz odpowiednio patrzeć. I wiem, ale nie było mnie tam, to było w jakimś dużym ośrodku, w Waszyngtonie, w Narodowym Instytucie Zdrowia Psychicznego czy coś w tym stylu. Lowen, i chyba też nawet Pierrakos pojechali tam i pokazali, czego potrafią dokonać po przez samo patrzenie na pacjentów. Potrafili podać ich historię nie rozmawiając z nimi. Pozostali lekarze porównali to, co mówili z tym, co wiedzieli o pacjentach, i wszystko się dokładnie zgadzało. Bardzo trudno jest zmienić czyjeś zdanie w dziedzinie medycyny. Bardzo trudno. Prawie tak trudno, jak czyjeś poglądy w dziedzinie edukacji. Sfera edukacji jest naprawdę najgorsza pod tym względem, trudno w niej cokolwiek zmienić, ale medycyna jest druga w kolejności. I mimo, że udowodnili, że potrafili wyczytać z ciała to, co rzeczywiście dzieje się w jego wnętrzu, to jakoś nikt nigdy nie powiedział: „Ah, wspaniale, macie tu duży grant, byście mogli dalej badać ten temat i wydawać publikacje, chcemy się dowiedzieć więcej”. Nie, coś takiego nigdy nie miało miejsca.

Co takiego w osobowości Lowena było źródłem tego daru, który posiadał?

Czuło się Jego żywotność i energię. Gdy wchodził do pokoju podczas warsztatów, można było poczuć bijącą od Niego energię i podekscytowanie. A gdy mówił, przenosił swoją miłość do tego, co robił, na ekscytacje tak, że każdy mógł sam poczuć tą energię i ekscytację na temat tego, o czym mówił i co demonstrował. Przebywanie z Nim w jednym pokoju i uczenie się od Niego było ekscytujące. Opowiem Panu kolejną historię obrazującą Jego całkowite zaangażowanie gdy nauczał. Pewnego razu, a było to w początkowej fazie naszych warsztatów, na poddaszu, albo w piątek albo w sobotę wieczór. Zaczął pracować z pacjentem. I tak Go to zaabsorbowało, że całkowicie się zatracił, opowiadając uczestnikom o tym, cokolwiek to było. Pacjent stał tam przez cały czas i nagle zemdlał. Pewnie był zmęczony, ale też chyba zaskoczony, że Lowen tak o nim zapomniał. Bo Lowen w ten sposób nauczał – pracował z pacjentem i w trakcie zatrzymywał się i opowiadał, co robi. Ja nigdy tego nie potrafiłem. Lowen spoglądał na niego z wyrazem twarzy „A co ty tam robisz na tej podłodze?”. Bo był tak skoncentrowany na tym, co akurat wyjaśniał uczestnikom warsztatu, że na kilka minut całkowicie zapomniał o pacjencie. Ja muszę pracować nieprzerwanie ze swoim pacjentem i dopiero potem chętnie odpowiadam na pytania i wdaję się w dyskusje. Jednak On potrafił to robić bardzo umiejętnie, jakby zmieniał biegi, i często był za to krytykowany. Ale zawsze podczas tego typu warsztatów dawał do zrozumienia, że terapia danego pacjenta nie jest w danej chwili priorytetem, że podczas tych weekendowych treningów główną rolę przejmuje nauczanie. Chciał uczyć i wykorzystywał do tego pacjenta jako przykład tego, o czym akurat mówił i nauczał z tego. Osoby zainteresowane psychoterapią zostawały ze mną i przez następne 4 dni ja zajmowałem się przeprowadzaniem terapii. Natomiast Lowen kładł nacisk na nauczanie, nie było co do tego żadnych wątpliwości. Nigdy nie mówił, że zaprasza na terapię. Zresztą, byłoby to niemożliwe, przy 40 uczestnikach warsztatów, które trwały od piątku wieczór do soboty po południu, by pracować z każdym z nich.

Ale czasami musiało być uczestnikom ciężko, wie Pan, stanąć tak przed grupą ludzi, otworzyć się emocjonalnie, by następnie zostać pozostawionym samemu sobie.

Nie byli pozostawiani sami sobie gdy ja tam byłem, bo to należało do zakresu moich obowiązków. Moim zadaniem było pozostać w kontakcie z pacjentem i upewnić się, że wszystko z nim w porządku. I bardzo często się tym zajmowałem. Oczywiście nie wszyscy mdleli, ale było to jasne (chociaż Lowen nigdy tego nie powiedział), że to było moje zadanie, być tam i upewniać się, że wszystko jest z pacjentami w porządku.

Co dla Pana znaczy, że był Pan wówczas Jego przyjacielem?

Wiele dla mnie znaczy. Zawsze się od Niego uczyłem, zawsze. Współpracowałem z Nim przez 35 lat, co najmniej, i zawsze się od Niego uczyłem. Lubiłem przebywać w towarzystwie Jego i tej Jego wspaniałej energii. Gdy dzień się kończył, zawsze zapraszał mnie do swojego pokoju, byśmy się razem napili i pogadali. Po prostu uwielbiałem z Nim przebywać, uwielbiałem Jego ekscytację i Jego wspaniałą potrzebę poszukiwania, co raz to nowszych sposobów robienia rzeczy. To był zawsze kreatywnie spędzony czas i czułem, i nadal czuję, że miałem szczęście, mogąc być częścią tego wszystkiego przez tyle lat.

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Etiam faucibus molestie facilisis.

[contact-form-7 id="4" title="Contact form 1"]