GOJENIE RANY NARCYSTYCZNEJ.
Część pierwsza: „ODDZIELENI OD MIŁOŚCI”

Jest taki rodzaj rany, którą większość z nas nosi w sercu. Skrywana przed oczami innych, schowana głęboko w środku, przykryta warstwą racjonalizacji i zaprzeczeń, a przez to bardzo trudna do leczenia. To rana, o której chcemy zapomnieć i której nie chcemy czuć, co zresztą często się udaje. Im więcej wysiłku wkładamy w to, by zaprzeczać jej istnieniu, tym bardziej kosztowną staje się ta iluzja, prowadząca nas do nieustannych, bolesnych powtórzeń, które nie pozwalają na proces gojenia i powstanie blizny.

CZYM JEST RANA NARCYSTYCZNA?

To rodzaj zranienia dotyczący samych fundamentów konstrukcji psychicznej człowieka, jego WARTOŚCI:
• na ile czuję się wartościową i pełną osobą?
• na ile czuję się bezpiecznie w świecie pokazując siebie?
• na ile czuję, że to kim jestem jest wystarczające?
• na ile pozwalam sobie być?
• na ile czuję radość i spokój, że mam siebie?
• na ile cenię swoją obecność?
• na ile czuję, że przynależę do świata ludzi i wymian toczących się między nimi,

by ostatecznie sprowadzić to pytanie do rdzenia:

NA ILE CZUJĘ, ŻE JESTEM WART(A) MIŁOŚCI I POZWALAM SOBIE BYĆ KOCHANYM I KOCHAĆ?

To opracowanie nie jest dedykowane narcystycznej strukturze charakteru (choć być może tak byłoby wygodnie przypisując ten rodzaj rany tylko zaburzeniu), jest próbą uchwycenia rany bardzo powszechnej i bardzo przez skalę zaprzeczenia opuszczonej. Ten rodzaj rany dotyka niezwykle bolesnych i lękowych przestrzeni w nas: „czy jestem wart miłości?”, „czy to kim jestem, jest wystarczające?”. Te paraliżujące obszary często zawstydzone, obśmiane, zbagatelizowane czy upokorzone, dodatkowo kojarzone ze słabością i byciem w odsłonięciu sprawiają, że jest trudnym DOPUSZCZENIE I UZNANIE PRZED SAMYM SOBĄ:
„to mnie dotyczy”, „to mnie boli”.
W związku z tym sama rana zostaje zepchnięta w głąb i przysypana szeregiem kompensacji, a w efekcie pominięta na rzecz wytworzonych zastępczych treści pobocznych, które skutecznie uniemożliwiają leczenie. ZACIEMNIENIE to słowo, które bardzo dobrze pasuje do tego zjawiska. Jest na tyle skuteczne, że sporo trudu zajmuje zobaczenie własnego, pełniejszego obrazu siebie.
W ten sposób ukryta rana trwale oddziela nas od korzystania ze świata, bo to właśnie robi rana narcystyczna:
UPOŚLEDZA NASZĄ MOŻLIWOŚĆ CZUCIA SIĘ KOCHANYM, CHCIANYM WIDZIANYM, PRZYJĘTYM,
jak również
NASZĄ MOŻLIWOŚĆ KOCHANIA, ANGAŻOWANIA SIĘ, PUSZCZANIA I BYCIA BLIŻEJ W ODSŁONIĘCIU.

RANA proponuje nam w zastępstwie dwie strategie- wyczerpujące i destrukcyjne:
STARANIE (świadome lub nie): „kim mam być, byś mnie kochała?”, „co mogę dla Ciebie zrobić?”, „co jeszcze mogę Ci dać?”…
PODWAŻANIE (świadome lub nie): „na pewno mnie nie kochasz”, „mnie nie da się kochać”, „gdybyś wiedział(a), kim jestem nie kochał(a) byś mnie”, „co z tobą nie tak, że mnie kochasz”, „udowodnię Ci, że nie wytrzymasz i mnie opuścisz”.

Te dwie strategie są nieustającymi, nieświadomymi (zwykle) powtórzeniami RANY PIERWOTNEJ: „trzeba się na starać i być kimś innym, by dostać”. A kiedy już dostaję nieufność i oczekiwanie zawodu nie pozwalają przyjąć: „jak taka osoba, jak ja może dostać coś dobrego”, „nie jestem tego wart”.
Obie taktyki obronne skutecznie „CHRONIĄ” przed miłością, wymuszając stałe zadowalanie innych, a tym samym opuszczanie siebie z nadzieją: ”może w końcu ktoś MNIE po kocha”. Kiedy równocześnie to „MNIE” jest wycofane z kontaktu, jako to marne i nie dość warte, by zadowolić innych. Więc sam AKT STARANIA jest nieuświadomionym, powtórzeniowym AKTEM ODRZUCANIA siebie z poczuciem, że kiedy pokażę siebie takim jakim jestem, nie mam szans na cokolwiek.
Równocześnie stała niewiara w to, że jestem wart miłości i opieki, powoduje PODWAŻANIE tego, co dostaję nie pozwalając często na przyjęcie tego, albo w znacznym stopniu ograniczając możliwość czerpania z dobrego.
Metaforycznie przypomina to sytuację świata pełnego żywności dostępnej dla wszystkich, tylko nie dla mnie. Bo albo nie wierzę, że mogę z robić ruch KU I DOSTAĆ, albo boję się, że to jednak mi ZASZKODZI, albo co gorsze poczuję już smak i zostanie mi to WYRWANE z gardła, albo okaże się, że nie mam enzymów, które pozwoliłby mi PRZYJĄĆ treści, NAPEŁNIĆ SIĘ nimi i wejść w wymianę ze światem.
W efekcie powstaje stałe poczucie ODDZIELENIA I NIEDOSTĘPNOŚCI- w obu kierunkach: i ja wobec świata i świat wobec mnie. Oczywiście w zależności od głębokości rany będzie to rzutować małym cieniem na codzienne życie lub stanie się wielką przepaścią oddzielającą od świata i ludzi.

CZERPANIE NIE UŻYWANIE.
Czerpanie zakłada pewien poziom ufności, że świat ma dla MNIE coś dobrego, wobec tego ma sens skierować się do… i zaczerpnąć. Jeśli jestem w stanie uznać, DOSTĘPNE DOBRO DLA MNIE w świecie, w jakimś stopniu UZNAJĘ istnienie tego dobra również w sobie. Otwiera to przestrzeń wymiany i wzajemności. Mogę zaczerpną OD KOGOŚ, przyjąć W SOBIE i pozwolić temu stać się częścią MNIE. POZWALAM ZAISTNIEĆ WE MNIE, co oznaczałoby w tym kontekście uznanie, że ludzie widzą mnie i chcą mi dać, a ja jestem tego wart i pozwalam sobie wziąć. Powstaje wymienna łączność światów.

Używanie oznacza widzenie świata i innych przez użyteczne dla mnie funkcje, z których okresowo mogę skorzystać, po czym odsunąć je, kiedy stają się bezużyteczne. Jestem gotowy również, by zaproponować jakąś swoją część funkcyjną, ale bez konieczności wymiany światów czy połączeń, bez konieczności wpuszczania czegoś w siebie. To bezpieczne, pragmatyczne działanie użytkowe pozwala na korzystanie bez ryzyka otwierania się i utraty. Ma jeden minus, nie napełni pustki.
Kiedy na poziomie relacji ustawiamy się głównie użytkowo, brak przenikania się światów, na rzecz wymieniania się funkcjami, nie pozwala na budowanie WSPÓLNEGO między nami. Związek staje się niczym wpłatomat, do którego wkładamy i wyjmujemy pieniądze, ale nawet zakładając równość wkładów, nie pozwalamy sobie wspólnie z nich coś stworzyć. Brak AKTU KREATYWNOŚCI doprowadzi do znajomej martwoty i pustki towarzyszących ranie: „coś tu jest dla mnie niedostępne”. I kiedy nie widzimy oddzielającego wpływu własnej rany ruszamy na poszukiwania nowego wpłatomatu.

„TO KIM JESTEM TO ZA MAŁO”
Zasługiwanie na miłość jest przewlekłym procesem niszczącym miłość własną i godność małego człowieka. Kiedy jesteśmy kochani, za to jacy jesteśmy, a nie kim jesteśmy, dochodzi do wewnętrznej sprzeczności, gdzie poczucie SELF ulega rozszczepieniu na to, które zasługuje na warunkową miłość i na to, które jest odrzucane przez świat. Oczywiście dziecko zidentyfikuje się z tą częścią, która jest pożądana, a zepchnie w głąb tę, która została porzucona. W ten sposób dochodzi do najbardziej bolesnego zranienia: „JA to za mało” i przekonania: „Gdybyś wiedział kim naprawdę jestem, od razu byś mnie zostawił”. Powstaje sytuacja, w której nie dość, że jesteśmy zranieni, to musimy zaprzeczać istnieniu rany, by nikt, nigdy jej nie zobaczył:
„TA RANA MNIE NIE DOTYCZY, TO NIE JESTEM JA!”

To co w przeszłości było znakomitą obroną, dziś jest taflą szkła oddzielającą od miłości. Pierwsza złożoność tej obrony polega na tym, że przede wszystkim jesteśmy wewnętrznie oddzieleni sami od siebie. Zepchnięta i odrzucona część mnie, staje się tą którą Ja sam odpycham, z którą ja sam nie chcę mieć łączności tą, którą obwiniam i utożsamiam ze złem. Ten mały, odrzucony człowiek w nas nie miał szansy dojrzeć, jest dalej głodny, przerażony i zagubiony wobec oczekiwań. Jest też wściekły i zrozpaczony. Dobija się na różne sposoby, by ten dorosły w końcu go zobaczył. Uznał. Przyjął. Wewnętrzne dziecko marzy o tym samym, o czym marzyło po prostu dziecko 30, 50, 60 lat temu. Chce łączności i opieki. Chce przestrzeni na jego potrzeby i jego kreatywność. Chce jego tempa, by móc dojrzeć.

CZEGO W SOBIE NIE CHCĘ WIDZIEĆ?
Proces rozpoznawania swoich części i budowania relacji z nimi jest najważniejszą ścieżką w odzyskiwaniu siebie: „To też Ja. Oj i to Ja. Wow! To też Ja! O nieee, to też Ja”. Oczywiście wymaga odwagi, zaangażowania i CZASU. Ale przyjęcie Siebie jest najistotniejszą częścią leczenia.
Powszechne jest umieszczanie trudnych treści w tzw. „wewnętrznym dziecku”. Najpierw zapraszamy Je do relacji, ciekawimy się nim, obiecujemy, że pozostaniemy przy nim po to, by przy najbliższym kryzysie obarczyć je winą: „no nie, to z dziecka mi idzie”. Z dziecka czyli z kogo? I czy na pewno z dziecka, czy z nieumiejętnej reakcji DOROSŁEGO na swoje dziecko? To powtórzenie, kiedy w trudnych momentach ODRZUCAMY, nasze wewnętrzne dziecko (część siebie) obwiniając winą za to, że jest nie takie, nie dość i w ogóle nie, jest ponownym otwieraniem narcystycznej rany. Wewnętrzne dziecko staje się wygodnym koszem na wszystkie nasze niezadowolenia: „To nie ja, to to niedojrzałe dziecko we mnie”.
To właśnie w kryzysie te odrzucone części nas wymagają szczególnej uwagi, przyjęcia i troski. I ZOSTANIA przy nich właśnie wtedy! „Po co mam się wyłaniać, kiedy ponownie zostanę odrzucony?” Kiedy DECYDUJEMY się skierować, ku dziecku pierwsze co ustalmy ze sobą, że zostaniemy z nim (sobą), kiedy nadejdą ciężkie czasy. A nadejdą. Nie używajmy nabytego rozpoznania, by ponownie odrzucać siebie. Właśnie wtedy ZOSTAŃMY ZE SOBĄ, WŁAŚNIE WTEDY BĄDŹMY SZCZEGÓLNIE DOBRZY DLA SIEBIE.

PS. Przed nami część druga: „Gojenie”, czyli o tym jak relacja z ciałem wesprze nas w procesie leczenia.

Marzena Barszcz
Psychoterapeuta w Analizie Bioenergetycznej.

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Etiam faucibus molestie facilisis.

[contact-form-7 id="4" title="Contact form 1"]