Jest taki wykład Lowena: „Wola życia, a pragnienie śmierci” opisujący zamianę, powszechną i bolesną choć nie koniecznie rozpoznawalną

Lowen pokazuje w nim dynamikę zachodzącą między pragnieniem życia, wolą życia i pragnieniem śmierci. Właśnie ta perspektywa wydaje mi się szczególnie pomocna w zrozumieniu powracających cykli: działania, wyczerpywania się i ponownego reanimowania. Dziś tę matrycę zachowań widzę jako jedno z ziaren stanu depresyjnego zasianego dawno temu, które powoli kiełkując, na dobre zapuściło korzenie w naszych ciałach, stopniowo wysysając z nich życie.

Określenie „SILNA WOLA” jest w zasadzie komplementem cechującym ludzi sprawczych, zorganizowanych, którzy wiedzą jak działać, a co więcej działają. Mówiąc, że ktoś ma silną wolę życia wyrażamy podziw dla determinacji, zaangażowania, a często też poświęcenia, jakie ktoś jest w stanie włożyć, by żyć, a właściwie by przeżyć. To niezbędna cecha czy umiejętność, którą dobrze mieć w zasięgu na trudne czasy. Szczęśliwie życie nie wymaga od nas ciągłego bycia w stanie gotowości, w którym musimy stale walczyć o przetrwanie. Tego wymaga od nas TRAUMA. Życie płynie naturalnie i tylko okresowo konieczna jest mobilizacja energii, by przetrwać, czy coś przekroczyć.
Jednak dla części z nas pragnienie życia stało się niedostępne i zamienione w walkę o życie. Utraciliśmy w związku z tym lekkość, spontaniczność i oparcie w czymś tak podstawowym i naturalnym jak WITALNOŚĆ. Tracąc połączenie z własną żywotnością zapominamy, że jest ona częścią każdej żywej istoty i walcząc o nią właśnie ją wyczerpujemy.

JEDNAK COŚ KAŻE NAM WALCZYĆ.
COŚ SPRAWIŁO, ŻE WĄTPIMY W SIŁĘ WŁASNEGO PRAGNIENIA ŻYCIA.
COŚ SPRAWIA, ŻE POTRZEBUJEMY CORAZ BARDZIEJ WZMACNIAĆ WOLĘ ŻYCIA.

Przychodzą takie chwile łączności ze sobą, kiedy odwaga i szczerość jest z nami, a wtedy możemy rozejrzeć się wewnątrz siebie i dostrzec, jak bardzo wola życia, wyrasta z zepchniętego pragnienia śmierci, które dzień po dniu domagając się uwagi rozrasta się w nas wyczerpując naszą witalność.
Pragnienie śmierci, które mam na myśli, jest czymś doświadczonym na poziomie komórkowym. Nie chodzi mi tu ani o popęd śmierci, ani o myśli samobójcze. Opisuję powstałą odpowiedź na zdarzenie/a traumatyczne w trakcie rozwoju człowieka, gdzie na skutek wyczerpania, dziecko uznaje, że jedynym rozwiązaniem na przetrwanie doznawanego bólu czy też cierpienia, jest wycofanie żywotności. Robimy to na różne sposoby, w zależności od wieku, siły bodźca, cech osobniczych. Kierunek jest jeden: spłycić oddech, spowolnić metabolizm, ograniczyć ruchomość, wycofać czucie po to, by zamrzeć w stanie, który pozwoli przetrwać. To fizyczne obumieranie jest odpowiedzią na psychiczne cierpienie i cielesne wyczerpanie. Lowen jako przykład podaje najczęstsze przekroczenie obecne w czasach, których żył: odkładanie dziecka do łóżeczka, pozostawianie go samego w płaczu i krzyku, aż do czasu, kiedy się uspokoi i zaśnie. Szczęśliwie dziś wiemy, jak bardzo takie działanie jest uszkadzające i z pewnością możemy odrzucać teorie o wzmacnianiu płuc, tudzież strun głosowych.
Do 5-6 miesiąca życia dziecko nie wie, że matka i ono to dwie różne osoby. Kiedy matka odmawia kojenia (sama obecność jest kojąca), dziecko przeżywa to jako rozpad świata. Nie myśli o tym jak zmanipulować, by dostać, chce po prostu przywrócić swojemu światu bezpieczną stabilność. Do tej stabilności potrzebny jest ten drugi, choć dziecko jeszcze nie rozumie, że ten drugi jest oddzielny od niego.
Co dzieje się, kiedy dziecko jest zostawione samemu sobie i nikt nie reaguje na sygnały jakie daje? Będzie płakać, protestować całym sobą, nawoływać w efekcie wyczerpie się nadmiernie do posiadanych zasobów energetycznych i zaśnie. Tak właśnie rodzi się wzorzec:

POTRZEBUJĘ- NIKT NIE ODPOWIADA- JESZCZE INTENSYWNIEJ BĘDĘ PRÓBOWAĆ- NIKOGO NIE MA- JUŻ NIE MAM SIŁY- JUŻ NIE MA SENSU- ZASYPIAM w samotności, w stanie wyczerpania, snem, który staje się sposobem na samokojenie i zaczyna był łączony z RATUNKIEM, A NIE ODPOCZYNKIEM.
Kiedy opiekunowie trenują swoje dziecko do samokojenia, oczywiście wygrają. Duch zostanie złamany, żywotność nadwyrężona, potrzeby zaprzeczone, a stan wyczerpania w samotności, będzie za każdym razem momentem, kiedy coś w dziecku obumiera OSŁABIAJĄC PRAGNIENIE ŻYCIA, NA RZECZ WOLI ŻYCIA, KTÓRA MA ZAPRZECZYĆ doświadczeniu obumierania.

DOROSŁY WYCZERPUJĄCY SIĘ.

Część z nas czuje, że żyje tylko, kiedy DZIAŁA, nieświadomie podlegając głównemu mechanizmowi woli życia, jakim ono jest . Kult „ROBIENIA” jest najbardziej powszechnym sposobem, by nie czuć, by odciąć się od siebie, zapełnić pustkę, zatracić się w kolejnych zadaniach. Kiedy zamiast czuć, musisz robić, kiedy możesz się zatrzymać, a boisz się tego, kiedy zamęczenie jest lepsze niż odpoczynek, WOLA przejęła kontrolę. Oczywiście po to, by jak każda inna strategia obronna, chronić. To ZMAGANIE z życiem stało się naturalne.
Kiedy rozbudowujemy wolę życia trwamy pomiędzy robieniem, wyczerpywaniem się i ponowną próbą ożywiania po to tylko, by znowu móc działać. Cykle mobilizacji i wyczerpywania się, których długo nie chcemy widzieć, z czasem są, coraz trudniejsze do zaprzeczenia. Każde podjęte działanie, by nie czuć lub coś wyprzeć, każde przekroczenie granicy zmęczenia, każda ponowna próba reanimacji wyczerpanego organizmu sumuje się i doprowadzi do momentu, kiedy również WOLA ŻYCIA przestanie działać i nie będziemy w stanie OŻYWIĆ się ponownie. Pojawi się lęk, do głosu dojdzie długo spychana rozpacz, a zaraz za nią PRAGNIENIE ŚMIERCI, bo to właśnie silnie rozbudowana wola życia miała mu zaprzeczać i trzymać je w ryzach. Funkcjonujemy w taki sposób od tak dawna, że nie zadajemy sobie pytanie o sens czy koszty. Z czasem to objawy wymuszają na nas zatrzymanie, z czasem nieśmiało przedziera się do nas świadomość znajomości miejsca, w którym jesteśmy i jakiegoś ODTWARZANIA, które ma miejsce.
Spychane pragnienie śmierci nie znika. Wyczerpując swoją żywotność w kolejnych aktach działania, nie osłabimy go. Zaczynamy złościć się na ciało, że zawodzi, że nie wytrzymuje narzuconych wymagań. Za wszelką cenę staramy się je wzmocnić, uczynić bardziej niezawodnym i wydolnym. Ale zmęczenie narasta. Z lękiem obserwujemy, że coraz trudniej jest nam się ponownie wzbudzić i działać. Powoli dociera do nas, że to jak się traktowaliśmy było niszczące, że cena jest dotkliwa, a przede wszystkim, że włożony trud nie przyniósł oczekiwanego efektu: chwytanie się życia nie czyni go bardziej dla mnie dostępnym. I kiedy dzisiejsze wyczerpanie łączy się z dawno zasianym wzorcem przetrwania przez zamieranie, dotykamy momentu, w którym czujemy, jak bardzo nie mamy siły żyć. Przychodzą do nas myśli: „Jak to się stało?! Przecież tak dobrze mi szło!”. I nasza dobra przyjaciółka, latami niezawodna, wola życia okazuje się niewystarczająca.

ŚLADY W CIELE

Determinacja związana z przetrwaniem pozostawia ślady w ciele. Osoba, która musi walczyć o życie ma w sobie twardość, która pozwoliła i pozwala jej wiele wytrzymać i być niezłomną. Tą niezłomność widać w sztywności kręgosłupa. Zresztą rozbudowana wola życia gwarantuje bóle kręgosłupa, zwykle ostre, ścinające z nóg, bezwzględne jaki i sama walka o życie. Mięśnie są spięte, często skrócone, brzuśce twarde z łatwo wyczuwalnymi zgrubieniami w środku. Walkę o przetrwanie widać na twarzy. W zaciśniętych ustach, trudzie wyrysowanym bruzdami na czole, rozrośniętej żuchwie, która wiele zniosła i musi znieść jeszcze więcej.
Taki człowiek za wszelką cenę dąży do poddania ciału woli, głęboko wierząc, że kontrolując ciało, skontroluje wszystko, zwłaszcza uczucia. I oczywiście każdą słabość czy objaw traktuje jako sabotaż ciała w odpowiedzi nasilając wymagania.
Uznanie, że ciało pokazuje mi tylko, jak sam siebie traktuję nie jest łatwym procesem. Oznaczałoby konieczność zatrzymania się, wsłuchania w siebie i uznania odpowiedzi. Zamiast tego dochodzi do kolejnych prób wzmocnień, napraw i mobilizacji. Objawy są tłumione, a nieleczone. Ciało jest udręczone. Twarz emanuje siłą, zaciętością i uporem, dopiero przyglądając się uważniej, właściwie zaglądając pod tę maskę można dostrzec ślady doznanego cierpienia. Obroną przed nim ma być właśnie sztywność, i dlatego też płacz i szloch będą tak zagrażające. Pojawia się lęk przed rozpadem, przed ponownym złamaniem, przed tym, że drugi raz tego nie zniesiemy. I to właśnie ten lęk latami kazał nie czuć. Ale to, co było ZA DUŻE DLA DZIECKA, ZWYKLE JEST DO OBJĘCIA DLA DOROSŁEGO. Dziś mamy swoje zasoby i możemy przyjąć również tą zrozpaczoną, obumarłą część siebie i zwrócić ją w stronę życia.

LECZENIE

By zadbać o chorego człowieka, trzeba po prostu pozwolić mu ODPOCZĄĆ, co w dużej mierze oznacza zatrzymać się. Niestety niepokój, jaki może wywołać myśl o ograniczeniu działań, nadających sens i rytm życia, skutecznie zintensyfikuje obrony wpychając w kolejny cykl zadań. To co jest konieczne do rozpoczęcia procesu zdrowienia, jest równocześnie bardzo zagrażające. Doprowadza to często do sytuacji, kiedy to dopiero bardzo ciężki stan psychofizyczny staje się wystarczającym powodem, by jakkolwiek uznać swoją kondycję i się zatrzymać. Nadchodzi trudny czas oglądania zniszczeń i poniesionych kosztów.
Pierwszym wyzwaniem jest uchwycenie planu, by odpocząć tylko na tyle, by móc znowu zacząć działać i nie pozwolenie na to. Drugim wyzwaniem jest uznanie swojego stanu wyczerpania i usłyszenia swoich najskrytszych poczuć i myśli:

„jak bardzo już nie mam siły walczyć”
„jak bardzo jestem rozczarowany patrząc na skutki”
„jak bardzo zdegradowałem swoje potrzeby”
„jak wiele niosę cierpienia w sobie”.

Oczywiście dopuszczenie takich myśli przyniesie też falę obaw i lęków:
„Nie mogę tego czuć, gdybym poczuł, jak bardzo jestem zmęczona(y) nigdy bym już się nie podniósł(a)”
albo
„Kiedy przestanę robić, rozpadnę się.”

Dlatego lepiej, by zatrzymywanie się było procesem, o ile choroba nie „każe” inaczej. Krok po kroku sprawdzamy, które aktywności wspierają moją energię życiową, a które mają wypełniać czy zagłuszać uczucia. Oczywiście na początku to nie jest jasne, dlatego równocześnie rozpoczynamy pracę nad przywracaniem łączności z ciałem i możliwości znalezienia oparcia w nim. To konieczny etap, by przejść do otwierania się na własną żywotność, CZERPANIA Z KONTAKTU ZE SOBĄ, A NIE Z DZIAŁANIA. Na tym etapie na tyle na ile ożywiamy ciało, na tyle pracujemy nad UZIEMIENIEM, które da dostęp do klarownego poczucia rzeczywistości wewnętrznej:
„Co jest dla mnie dobre? Co jest moją potrzebą? Kiedy jestem przy życiu?”

Uziemienie pozwoli oddawać ciężar do ziemi i stopniowo czuć w niej oparcie. Noszony stan gotowości będzie mógł być okresowo zwalniany z aktywności, czyli będziemy mogli wychodzić z PRZETRWANIA NA RZECZ CZUCIA. Przyjdzie świadomość zawieszeń, odczujemy je w sobie oraz nauczymy się rozpoznawać momenty, w których są aktywowane. Z czasem jasne stanie się rozróżnienie, kiedy jestem w jakościach uziemienia, a kiedy w przetrwania.
Pozwoli to zostawać przy sobie żywym, a nie przy ILUZJI tego, co mnie ożywia. Możliwe będzie stopniowe wycofywanie inwestowania energii z woli życia na rzecz wzrastającej łączności z pragnieniem życia.
Praca nad osłabieniem obron i zwiększaniem osadzenia w ciele przygotowuje do momentu, kiedy pragnienie śmierci, nie spychane, nie zaprzeczane, wyjdzie z cienia. Zaskakującym jest, że to nie lęk będzie dojmujący, a ból. Zapis pragnienia śmierci w ciele jest historią cierpienia, doznanej AGONII, która nie mogła być inaczej przeżyta, jak po przez wycofanie żywotności i stopniowe obumieranie. Ci z nas, którzy w dzieciństwie mieli doświadczenia trudnych porodów, podtopień, podduszeń, ciężkich uszkodzeń ciała, porzuceń, pozostawień, opuszczeń emocjonalnych prawdopodobnie dotkną w sobie stanu agonii, kiedy to nie było już siły, ani nadziei, tylko ból i wyczerpanie. I to właśnie ona stanowi żyzne podłoże dla depresji.
To moment, kiedy nikt nie powinien pozostawiać siebie samego. Praca nad takim doświadczeniem w samotności jest zbyt bliska POWTÓRZENIA go. To co musi być inne, by mogło być leczące to OBECNOŚĆ drugiego człowieka.
Czemu DRUGA osoba jest tak ważna?
Bo będzie dla nas. Bo zostanie z nami, kiedy będziemy dotykać tak bolesnych, opuszczonych miejsc i będzie w stanie usłyszeć to małe dziecko, w którym zakiełkowała myśl:„lepiej nie żyć”. Bo pozwoli na nowe doświadczenie bycia przyjętym i wspartym, gdzie wyczerpywanie czy opuszczanie ciała przestanie być jedynym rozwiązaniem. Obecność drugiego człowieka pozwala zasiać nowe ziarno, w którym jest wiadomość, że NIE MA NIC ZŁEGO W TYM, ŻE POTRZEBUJĘ. To niezbędna na poziomie relacji praca, która w odniesieniu do uziemienia i wibracji pozwoli na głęboką zmianę na poziomie tych samych, kiedyś zmrożonych komórek. Żywotność rozmrozi to, co zamrożone i na nowo wypełni życiem. Pacjent mając nowe doświadczenie w sobie cielesnym i w relacji, będzie w stanie z czasem sam wobec siebie pełnić kojące funkcje opiekuńcze, a gdy pojawi się pragnienie śmierci czy to pod postacią działania i mobilizacji, czy wycofania i izolacji jasne będzie, że jakieś potrzeby zostały zdławione i jakiś rodzaj powtórzenia się ponownie dokonuje. To nowe doświadczenie w przyszłości da możliwość zostawania przy sobie i opieki nad sobą, kiedy znajomy cykl będzie wracać. A może, bo jest częścią naszej historii. Im więcej jesteśmy w stanie DOPUŚCIĆ I WYRAZIĆ BÓLU ZATRZYMANEGO W PRZESZŁOŚCI, ODCZUWAJĄC GO W TERAŹNIEJSZOŚCI, TYM PRAGNIENIE ŚMIERCI BĘDZIE SŁABSZE.

Ciało pamięta wszystko, a więc zapamięta dla nas TEŻ DOBRE RZECZY!! To jak się czujemy po płaczu, jak kojące jest uziemienie, jak wspierająca jest obecność drugiego człowieka, jak napełniający może stać się oddech i w końcu jak naturalnym jest pragnienie życia. Mając to w pamięci i doświadczeniu zyskujemy skuteczną kotwicę na czas sztormu.

Marzena Barszcz,
Psychoterapeuta w Analizie Bioenergetycznej.

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Etiam faucibus molestie facilisis.

[contact-form-7 id="4" title="Contact form 1"]