OD RANY DO BLIZNY.
Gojenie rany narcystycznej cz. II.

Kiedy szron pokrywa ziemię, a mróz wiąże ją ciasno w głąb, nie ma innej drogi, by życie zaczęło ponownie krążyć, jak nadejście wiosny. Ten stan zamarcia można spokojnie przeczekać wiedząc, że ona powróci. Zapowiedź światła pozwala przetrwać ciemność. Nadzieja, że ziemia znów będzie w stanie przyjmować i wydawać, daje wiarę, że cykl się dopełni.

Można powiedzieć, że rana narcystyczna to ciągłe powtarzanie NIEDOMKNIĘTEGO cyklu. To zima bez wiosny. I to właśnie mniej lub bardziej ukryty brak nadziei napotkamy jako pierwszą przeszkodę w procesie gojenia. Głęboko zakorzenione poczucie, że nikt nie jest w stanie mi pomóc, że nie ma światła dla mnie, że nic już nie jest w stanie mnie ożywić, ani też nikt na mnie żywo nie odpowie, nie dopuszcza do procesu gojenia. Iskra nadziei, która mogłaby być lecząca, jest traktowana jak groźna, zaraźliwa choroba, w której powstałe marzenie o poprawie wystawiałoby równocześnie na ryzyko ponownego zranienia. Brak nadziei z jednej strony chroni, a z drugiej odbiera szansę na zmianę. Znajome PODWAŻANIE jest pierwszym strażnikiem rany. Ważne, by pamiętać, że strażnik nie jest po to, by blokować gojenie, ale po to, by nie dopuścić do kolejnych zranień. Dlatego swój celownik wymierza właśnie w nadzieję i dlatego AKTEM ODWAGI będzie popatrzenie w stronę światła i poczucie jego ciepła. Rozszczelnienie murów sprawi, że powoli zaczniemy rozpoznawać: „tak, jestem zraniony; tak, dalej krwawię” włączając nieświadome w świadome.
NIE MOŻLIWYM JEST SKUTECZNE LECZENIE CZEGOŚ, CO NIE ISTNIEJE W ŚWIADOMYM. Nie sposób zająć się czymś dobrze nie będąc z tym w połączeniu.
I to jest właśnie pierwszy krok w procesie gojenia:

1) POCZUĆ SWOJĄ RANĘ.

Podstawową obroną przed raną jest ZNIECZULENIE na własny BÓL. Ten rodzaj odczulenia na swoje cierpienie sprawia, że dostęp do rany jest bardzo ograniczony, a więc możliwość włączenia jej w świadome również. To co kiedyś chroniło przed zalaniem bólem, dziś uniemożliwia opatrzenie ran, bo zwyczajnie blokując ich odczuwanie, zaprzeczamy ich istnieniu. Trudnym jest leczenie czegoś, co „NIE ISTNIEJE”. Jak długo zaprzeczamy swoim ranom, jak długo je spychamy, tak długo nie można ich leczyć. Równocześnie jesteśmy pochłonięci całym wykwitem wyrafinowanych systemów zabezpieczeń, co oddala od zajmowania się raną, zostawiając nas w złudnym poczuciu, że właśnie to robimy.
Czy możliwa zatem jest opieka nad swoimi ranami, kiedy nie odczuwamy ich bólu? Szczęśliwie pomocne okażą się tu uczucia: wstydu, lęku, poczucia winy, upokorzenia, pustki, poczucia odsłonięcia, które mogą stać się „INFORMATORAMI”, że właśnie jesteśmy w okolicach rany.
Dlatego tak ważnym w procesie psychoterapii jest, by terapeuta zachował wrażliwość zwłaszcza na te miejsca, które pacjent uczynił zamrożonymi. Proces rozpoznawania przestrzeni o zmniejszonej wrażliwości i INNE ich potraktowanie jest pierwszym krokiem ku dopełnieniu cyklu. Kiedy nas ktoś potraktuje inaczej, nam samym łatwiej potem będzie zająć się w inny sposób sobą.
Krok drugi:

2) WYRAZIĆ BÓL

Kiedy pozwolimy sobie poczuć swoją ranę, oznacza to nadejście fal bólu. Bólu, który był latami spychany, na różne sposoby zaprzeczany, którego bardzo się boimy, bo kiedyś był tak przenikający, że odbierał zmysły, czy nie pozwalał odetchnąć. Bólu, który otwiera pokłady wściekłości, gniewu i żalu. Który kojarzony jest z przegraną, znieruchomieniem i bezradnością. Bólu, który otworzy lawinę lęku przed ponownym upokorzeniem, własną słabością, czy chęcią odwetu.
Przywrócenie możliwości płaczu w ogóle, czy płakania nad własnymi ranami (czyli po prostu nad sobą), jest najważniejszą sprawą w tym momencie. Jest koniecznym krokiem, który dalej pozwoli na wyrażenie kolejnych uczuć, zwłaszcza związanych ze SPRZECIWEM. Ale sprzeciw bez łączności z bólem, jest tylko aktem rozładowania, czasem przez długi okres jedynym dostępnym w kontakcie z raną, dlatego tak ważne jest szukanie łączności z jego źródłem.
Zapłakanie nad własną raną pozwala uznać swoją KRUCHOŚĆ.

3) PRZEŻYCIE ŻAŁOBY

Poczucie rany i opłakiwanie jej otwiera niełatwy acz konieczny czas żałoby. Stopniowo przywracając czucie zmrożonemu obszarowi możemy widzieć, jak bardzo rana oddzielała nas od życia i świata. Jak nieustająca gotowość i przymus chronienia, wycofywały, zastraszały i ograniczały wymiany z ludźmi. Powoli poznajemy ściany celi, która niewątpliwie chroniła dotąd przed tym, co zewnętrzne, ale niezauważalnie od dawna jest już więzieniem własnych lęków i projekcji. STRATY. To czas kiedy, zaczynamy widzieć, jak bardzo narażaliśmy się na tracenie. Żegnamy iluzję o nas samych, widząc jak bardzo inwestowaliśmy w coś, co nie koniecznie nam służy. Przychodzi czas rozstania się z tą częścią siebie.
Co raz szerzej dopuszczamy do świadomości to, czego zostaliśmy pozbawieni w przeszłości i dociera do nas, że to co nas spotkało jest NIEODWRACALNE. Otwiera to kolejne przestrzenie żalu, smutku i złości. ŻAŁOBA, za tym, co było i czego nie było.
Przychodzi też czas, kiedy widzimy, jak raniliśmy innych: „nie tylko ja jestem zraniony, ale ja też raniłem. I też Ci którzy mnie zranili, byli zranieni”. To poszerzanie obrazu siebie i świata z jednej strony dopełnia, z drugiej każe tracić bezpieczną, choć ograniczającą CELĘ lęków i oskarżeń.

4) UZNAĆ RANĘ I PRZYJĄĆ JĄ.

Rana może się zabliźnić, kiedy jest włączona w CIĄGŁOŚĆ ŻYWEGO, CZUJĄCEGO organizmu. Główny mechanizm polegający na odcięciu czucia nie sprawia, że rana się goi. Powoduje jedynie, że przestajemy czuć obszar, na którym ona jest. Aby złagodzić przykre uczucia, czy je odciąć potrzebujemy coraz więcej energii, ale nie na gojenie tylko na zmrożenie. Z czasem to miejsce przestaje być moje, a rana nie jest już o mnie, ani we mnie.
UZNAĆ RANĘ TO PRZYJĄĆ JĄ W CIĄGŁOŚĆ SELF. Uznać ją za swoją, za część swojego doświadczenia zarówno w aspekcie fizycznym jak i psychicznym. Poczucie rany, opłakanie bólu, dopuszczenie strat i przejście żałoby związanej z nimi przygotowuje nas do momentu:
„TO JESTEM JA, ze wszystkim, co mnie spotkało”.
Uznanie CIAŁA, jego rzeczywistości fizycznej, śladów w ciele w postaci napięć, zablokowań i deficytów pozwala POCZUĆ I DOŚWIADCZYĆ SIEBIE. Przeżyciom ciała przez ich namacalność jest trudno zaprzeczyć, trudno więc jest też dłużej zaprzeczać istnieniu zranionej część mnie: kruchej, zdezorientowanej i potrzebującej.
Przychodzi czas, kiedy jesteśmy gotowi zobaczyć w sobie to zranione dziecko, popatrzeć mu w oczy i w końcu uczciwe i z serca je przeprosić:
„BARDZO CIĘ PRZEPRASZAM, zajmę się Tobą. Zostanę, już nigdy nie będziesz sam”.
Tak powstaje przestrzeń, w której rana zacznie się zabliźniać stając się częścią mnie: przyjmowaną i szanowaną. To czas, kiedy życzliwe, wspierające, a przede wszystkim OTWARTE ramiona (MOJE WŁASNE) czekają na mnie.
Przeproszenie siebie jest kluczowym momentem w procesie gojenia, przyjęcia i wybaczenia sobie tego, jak sam siebie traktowałem.
Przepraszam, na które czekamy od najbliższych może nigdy się nie wydarzyć.

5) ODKRYĆ WARTOŚĆ SELF

Dotarliśmy do momentu, kiedy dostęp do ciała i połączenie z żywotnością będzie największym wsparciem i nowym punktem odniesienia. Proces, jaki się toczy, doprowadził nas do wyjścia z ciemnej celi i stanięcia w świetle dnia. Ostrość widzenia jest tak samo fascynująca, jak i porażająca.
Kim jest ta osoba, zza murów, nieśmiało wyglądająca do świata? Jak mam ją wesprzeć? Jak jej nie utracić? A Ci inni- jak się do nich ustawić?
I wtedy kojącym i dającym wsparcie będzie położenie rąk na sobie (dosłownie) i poczucie siebie. Mam ciało, oddycham, czuję bicie swojego serca, może nawet czuję swoją wibrację. Mam siebie. To mój przewodnik. On mi pozwoli rozpoznać, co jest moje, co jest dobre, co jest dla mnie.
Kiełkujące Self dzięki oparciu w ciele zyskuje kontakt zbliżony do wsparcia, jakie dziecko uzyskuje od obecnej matki. Ten wzruszający moment, kiedy łącząc się z ciałem, czuję, że mam siebie, jest centralnym punktem w całym procesie gojenia.
Pojawia się też zaskakujący i nieoczekiwany profit. Nie czucie bólu ograniczało czucie wszystkich uczuć, a więc odmrożenie go otworzy też inne doznania. Nagle okazuje się, że mamy dostęp do radości, napełnienia, żywotności, przyjemności z SIEBIE i to jest tak ŻYWE, tak samoistne. Zyskujemy połączenie z nowym źródłem: witalnością, która zupełnie inaczej ustawia proces leczenia: „To jestem ja. To moje blizny. Mogę je czuć, mogę wyjść z cienia, żyję”.

6) GRANICE

Można by zadać sobie pytanie, dlaczego dopiero na tym etapie granice. Przecież rany potrzebują ochrony, ale chronienie samych ran buduje mury, które ani nie są adekwatne ani elastyczne, to one stworzyły nasze więzienie. Poznając siebie, swoje nadwrażliwości, usztywnienia, drażliwości można dopiero sensownie zacząć budować granice, nie wylewając dziecka z kąpielą ani nie strzelając z armaty do komara. Nieuświadomiona rana powoduje nieuświadomione obrony (to również ataki). Lęk przed bólem wydaje się tak dosłowny, jakby ból już się przydarzył. Nie czucie dla odmiany sprawia, że w ogóle nie chronimy się w obszarach wymagających bezwzględnej opieki i stale pozwalamy, by brzegi rany były szarpane.
Skuteczne granice to te osadzone w ciele. To „nie”, które pewnie wychodzi z otwartego gardła, opartego na uziemionych nogach i żywym ciele.

7) ZWRÓCIĆ SIĘ KU INNYM.

Przechodząc cały ten proces dochodzimy do momentu ryzyka, jakim jest wyjście do INNYCH. Bo inni oczywiście niosą możliwość zranienia, ale równocześnie niosą możliwość miłości.
To zamknięcie drzwi więzienia za sobą i wyjście w stronę światła, które może i oślepić i poparzyć, ale to w nim właśnie można spotkać innych, którzy oczywiście są INNI (bo różni), ale też podobni, niosący swoje blizny. To z nimi można się leczyć, wymieniać, wzrastać i wspólnie ogrzewać. To przy nich można w końcu nie czuć się tak samotnym.
ŁĄCZNOŚĆ JAKĄ NAWIĄZALIŚMY Z RANĄ, ciągłość, jaka powstała, pozwala też na łączność z innymi i wiązanie się z nimi.
W tym ryzyku ponownie mamy wielkiego SPRZYMIERZEŃCA, JAKIM JEST CIAŁO, kontakt z nim gwarantuje dostęp do czucia i zasobów, a więc do siebie!
A to właśnie SIEBIE potrzebuję, by zdrowieć, siebie CZUJĄCEGO.
Zwrócenie się ku INNYM, jest zwróceniem się ku miłości. Nie, wcale nie tej romantycznej. Najpierw tej WŁASNEJ, ale w ich towarzyszeniu.

Dobrego gojenia!

Marzena Barszcz,

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Etiam faucibus molestie facilisis.

[contact-form-7 id="4" title="Contact form 1"]